Pierwszy raz autostopem.

(19.07.2018, stary blog, oryginalny tytuł „Mój pierwszy raz”)

     Pora? Dwadzieścia minut do północy. Stan? Wkurwiony, zdezorientowany. Miejsce? Wieś, zadupie, działka 50/60 km od mojego miasta. Cel? Do domu. 

Photo by James Peacock on Unsplash

     Dzwonię po znajomych; najlepszy przyjaciel, kilku kolegów, siostra. Nikt nie ma samochodu albo nie ma znajomego kto by był akurat do dyspozycji i mógłby zawieźć siedemnastolatka z zadupia do miasta. Dziwne by było, gdyby ktoś taki się znalazł o tej porze. Ale to nie jest typ siedemnastolatka, który jak się dowiaduje, że nie ma pociągów nad morze to wraca do domu i rezygnuje z wakacji tylko zapierdala rowerem, autostopem albo idzie na pieszo. Oczywiście to tylko przykład. Sprawdzam pociagi, autobusy, siostra mi pomaga. Nic, najwcześniejszy o siódmej nad ranem w poniedziałek (była sobota, za chwile niedziela). Ale byłem zbyt zdeterminowany, żeby czekać, impuls nie trwa dwa dni. Wyszedłem na fajkę na schody i załamałem się, nie miałem pojęcia jak mam wrócić. Ale gwiazdy wyglądały prześlicznie i mam wrażenie, że to one mnie namówiły, bo towarzyszyły mi aż do końca. 

     Pobiegłem, wziąłem torbę i wrzuciłem w nią tylko długopis, dwa litry napoju i osiem fajek w paczce. Do kieszeni zapalniczka, telefon, słuchawki i mały nóż, do rzucania który mi został z trenowania tego dnia, dwa inne zgubiłem. Wszystko uzupełniłem białą bluzą i wyszedłem. W trampkach, najlepsze buty. Parę minut temu padało jak cholera. Albo parę godzin? Nie ważne. Wszędzie błoto, przypominam — zadupie, błoto, droga z piachu, dookoła tylko drzewa i pola. Nie myślcie o żadnych latarniach, błagam was. Było tak ciemno, że swoich dłoni nie widziałem mimo gwieździstego nieba. Miałem już plan, w głowie który wydawał się dla mnie nie możliwy. Ale to była jedyna opcja, więc nie rozmyślałem za długo. Pierwszy cel; miasteczko obok. To też była wieś, ale były tam dwa sklepy i droga główna do miasta, w którym mieszkam. Drogę znałem nie tylko z tras tam i z powrotem samochodem z mamą, ale często jak był u mnie przyjaciel szliśmy tam na pieszo po zakupy albo na piwo. Myślę “błagam, niech tam będzie latarnia”. 

     Przechodziłem przez las, w którym mama mi opowiadała, że straszy jak cholera. Że miała tam dziwne sytuacje. Nie myślcie sobie, że się bałem, latarkę włączyłem w telefonie, bo drogi nie widziałem… Tak tak, serio. I zadzwoniłem do siostry, bo po kilku minutach drogi (kilkudzieisęciu) czułem się trochę sam. I wtedy zauważyłem, czterdzieści procent baterii. Może wrócę jednak do domu? Nie, dam radę. W pół do pierwszej doszedłem do tego miasteczka. Sklepy oczywiście pozamykane, ale dawały trochę światła. Niestety nie na drogę. Pusto. Podchodzę na przystanek busowy i świecę tam latarką; ktoś leży. Cholera, tego mi brakowało. Przyśpieszam i idę drogą prowadzącą do domu. Ponad pięćdziesiąt kilometrów. 

    I idę. Wiecie, że samochody które jadą z naprzeciwka widać już kilkaset metrów dalej przez światła, którymi oświetlają sobie trasę? I te światła wyglądają jak jedno motocyklowe a im bliżej tym bardziej się rozdzielają aż w końcu wyglądają normalnie. Bo wiecie, z naprzeciwka jechały cały czas. W moją stronę pięć razy mniej. I jak się domyślacie; nikt nie wziął zmarzniętego nastolatka idącego poboczem na autostopa. Właśnie, autostop. 

     Szedłem już ponad godzinę. Miałem wrażenie, że minęło dużo więcej, telefon się rozładował. Byłem pewny, że chodzę w kółko. Te wszystkie domy przy drodze z psami… W życiu tak zwierząt nienawidziłem. Jedyne co słyszałem oprócz silników to nagłe, wyrywające się z ciemności szczekanie. I ci pierdoleni właściciele, kurwy jak ja was nienawidzę, jeżeli nie umiecie zamknąć furtki na noc i pozwalacie psu wybiec na drogę. W pewnym momencie jak się domyślacie wybiegł na mnie owczarek niemiecki, na początku uznałem to za kolejnego psa, który sobie szczeka. Ale szczekanie było coraz głośniejsze i głośniejsze. Aż było za blisko. Rozumiecie sytuację? W chuj późno, ciemno, wieś a siedemnastolatek z ostatnią fajką w ustach biegnie drogą a za nim pies. W końcu przestał mnie gonić. Usiadłem, odetchnąłem. Jeszcze zanim telefon mi się rozładował nagrywałem co jakiś czas głosówki na dyktafonie mówiąc jak się czuję, bo potrzebowałem jakiegokolwiek zajęcia, żeby odpędzić myśli. 

     Ale właśnie wtedy, kiedy usiadłem pod znakiem pewnej wsi i uświadomiłem sobie jak długo już idę zacząłem zupełnie tracić nadzieję. Byłem głodny, nikt mnie nie chciał wziąć do domu, skończyły mi się fajki, do domu raczej bym nie trafił. Teraz sprawdziłem miejsce w mapach, gdzie doszedłem; dwanaście kilometrów na pieszo, przypominam, że ja od dawna nie trenuję niczego poza paleniem graniem i piciem.  

     Jedzie kolejny samochód. Podnoszę niechętnie kciuk, już niechętnie, machając się i uśmiechając. Jedzie dalej. Siadam. I widzę, że się jednak zatrzymuje i ktoś z niego wychodzi, macha do mnie. Nie widzę twarzy, jedynie po posturze rozpoznaję dorosłego mężczyznę, odrobinę otyłego. Biegnę, biegnę choć nie mam już sił. Podchodzę i pytam się czy jedzie do *MOJEMIASTO*. Powiedział, że nie, ale może mnie podwieźć do miasteczka tego i tego. Myślę sobie… Kurde, pamiętam to miasteczko, tam musi być jakaś całodobowa żabka, a jak nie to stacja benzynowa. Patrzę na niego. Widzę wąsy, średnio miły wyraz twarzy i taki średni uśmiech. Myślę; idealny morderca. Wpieprza mnie na kanapę do tyłu, to nie był samochód pięciu tylko trzydrzwiowy. Czyli nie miałem możliwości wyjścia bez jego zgody. Coraz lepiej. Mam to w dupie, wsiadam. Patrzę; obok niego siedzi mój rówieśnik. Myślę; nie jestem pierwszą ofiarą. Myślę tak po czym się rozkładam wygodnie z tyłu i uśmiecham na dźwięk silnika, uczucie wygody fotela, odpoczynku. Ale to nie wszystko. Najcudowniejszy był dźwięk radia, muzyka po tej drodze oraz ich rozmowy między sobą. Nie wiedziałem o czym rozmawiali, bo nie słyszałem, ale sprawiało mi to przyjemność, że nie jestem sam, nawet jeśli to ofiara i pedofil. Zrobiłem się senny; przez ostatnie dwie doby spałem tylko 4 godziny. Ziomek powiedział, że podwiezie mnie na stację do tego miasteczka która wychodzi idealnie na drogę tę, której potrzebuję. Powstrzymałem się od dziękowania co pięć sekund i przestałem kurczowo zaciskać dłoń na ostrzu. Uspokoiłem się. Chłopak nazywał się Robert, kierowca chyba Jerzy. Jeszcze raz; dziękuję.  

     Na stacji ogarnął mnie jeszcze większy spokój. Zmęczony, ale uśmiechnięty wszedłem do środka. Pani naładowała mi telefon do 10% (wolno się ładowało), zjadłem ciepłego hot doga i dostałem od pani karton oraz marker. Opowiedziałem im o tym, byli pod wrażeniem jak powiedziałem, że “stąd dotąd na pieszo” ; ja nie wiedziałem, ile to kilometrów, one tak. Jakaś grupka trzech chłopaków około 20/25 przyszli na piwo tutaj, ale byli wstawieni i średnio do mnie nastawieni. Nie mogli otworzyć piwa. Dwa otworzyłem im otwieraczem, który miałem przy sobie, ale przy trzecim pękł. Zapalniczką pereł nigdy otwierać nie umiałem. Otworzyłem przy użyciu innego piwa; i co, niczego się od punków nie nauczyłem, hę? Życie mi to może uratowało, bo jak się do mnie dwójka innych pijanych ludzi z pięściami, ale tamci ich zaczęli ogarniać i wstawili się za mną, bo “spoko ziomek to jest”.  

     Usiadłem przy drodze na chodniku z kartonem i założyłem słuchawki po opowiedzeniu siostrze, że jestem na stacji i żeby szła spać. Była już trzecia także. I wtedy włączyłem piosenkę. Początek brzmiał tak “You’re never gonna make it, you’re not good enough”. Aled alej było już “Who the fuck are you, to tell me what to do I don’t give a damn if you say you disapprove I’m gonna make my move, I’m gonna make it soon And I’ll do it ’cause it’s what I want to fucking do”. I nadzieja była większa niż jak zaczynałem swoją małą podróż. Mijało mnie sporo aut, pytałem ludzi którzy zatrzymywali się na stacji ale nikt nie jechał do łodzi. Mijały minuty i kolejne samochody. Karton wydawał się coraz cięższy a mi znowu ulatywała nadzieja. Wpół do piątej (półtorej godziny) wróciłem na stację. Zaczynałem kaszleć ze zmęczenia i niewyspania. Poszedłem do łazienki, obyłem twarz lodowata wodą i zacząłem rzygać do kibla. To była granica moich wytrzymałości. Nikt nie jest taki zdeterminowany, żeby iść dalej. Nikt nie jest w stanie przezwyciężyć własnego ciała w tym stopniu. Zacząłem sam siebie pytać co ja odpierdalam. Trwało to pięć minut.  

   Po pięciu minutach wyszedłem dając sobie samemu w twarz za poprzednie słowa. Bo jeżeli chodzi o to “kto by dał radę” to powinienem podnieść w takim momencie rękę i wskazać na siebie. Wziąłem za ostatnie parę złotych gorącą herbatę i powiedziałem że najwyżej dojdę na pieszo. 

     Trochę szedłem, trochę kuśtykałem, trochę ciągnąłem swoją nogę za sobą. Ale wiedziałem, że nie mogę znowu z tym kartonem usiąść na ziemi, wtulić się we własne kolana i wewnętrznie ryczeć, jak ciota.  Szedłem dalej nucąc sobie piosenki, było już widno, była już czwarta nad ranem. Było już serio jasno. Przewróciłem się. Wstałem po chwili i wziąłem łyk herbaty, która się nie wylała. Poparzyłem się. Super. Szedłem dalej. Trzech wieśniaków przez szyby samochodu zaczęło mi pokazywać środkowe palce zwalniając obok mnie. Podniosłem kamień; nie trafiłem, nie doleciał, brak siły. Idę dalej. I zatrzymał się on. Samochód transportowy. Przyjechał w momencie w którym zapisywałem na oderwanym kawałku kartonu numery do mamy, siostry i przyjaciela. Wskoczyłem do środka nawet nie patrząc z kim jadę. Dokąd, pytam. Mówi, że do *JAKAŚTAMWIŚWDRODZEDOŁODZI*. Myślę, że to idealnie połowa (ze stacji miałem 36, stamtąd jest 18). Poczęstował mnie papierosem, naładował mi telefon. Okazało się, że był żołnierzem teraz handluje papugami. Zapierdalał na drodze z ograniczeniem do sześćdziesięciu lekko ponad sto pięćdziesiąt. Już go lubiłem; jemu też się śpieszyło. Teraz nie pamiętam jego imienia, ale zapisałem je sobie w notatniku; tak gdybym miał komuś polecić sprzedawcę papug albo przypomnieć samemu sobie imię mojego bohatera. I nagle mówi, że z tymi papugami to jedzie *MIASTECZKOwCHUJbliskoDOMUmojego*. Tamto co prawda było bliżej ogólnie miasta, ale z tego miałem jeden tramwaj do swojego domu bo mieszkam na obrzeżach. Zawiózł mnie tam. 

    Tu się już robi lekko nudno. Niby zostało mi do domu kilka kilometrów, ale autobus jedyny (tramwaje jednak już nie jeżdżą) jest za prawie godzinę. No więc przeszedłem kilka przystanków żeby mieć złudzenie że będę szybciej w etn sposób. Przyjechał. Spotkałem tam ochroniarza ze swojej szkoły; opowiedziałem mu całą historię. Przecudowny człowiek, on też mi trochę poopowiadał. W końcu dojechałem. Nie miałem kluczy do domu. ALe miałem naładowany telefon. Zadzwoniłem do swojego najlepszego przyjaciela o szóstej nad ranem, opowiedziałem mu historię. Przyjął mnie na noc. Drogę od przystanku do jego domu przebiegłem mimo że to z dwieście metrów. Kiedy wysiadłem na swoim osiedlu (mieszka bardzo blisko) uklęknąłem najpierw i wtuliłem się do ziemi. Nigdy tak nie tęskniłem za tym miejscem. Po szóstej byłem bezpieczny, dostałem hamburgery, fajki i napój. Pooglądaliśmy najpierw jakieś śmieszne rzeczy na youtubie a potem zasnąłem pod kocem w salonie.  

     To był mój pierwszy raz autostopem. I może to koniec końców takie nie jest, może nie raz czułem zwątpienie ale… Ale byłem z siebie dumny. I poczułem, że dokonałem niemożliwego. “Uświadomiło mi to jaki masz charakter” ~ Moja siostra. 

Obserwuj mnie na instagramie!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.